poniedziałek, 30 czerwca 2014

Dzień z diety 1200 kalorii :)

Dzień dobry wszystkim!:)
Dzisiaj przychodzę z postem, w którym chciałam udowodnić, że żeby schudnąć wcale nie trzeba się głodzić i wcale nie jest potrzebne wiele wyrzeczeń. Zdrowe odżywianie i fajna figura idą ze sobą w parze, a do uzyskania harmonii w organizmie potrzeba niewiele.

Przykładowy dzień z diety 1200 kalorii:

PIERWSZE ŚNIADANIE
Kanapka z chleba razowego lub słonecznikowego (1 kromka) z jednym jajkiem gotowanym i jednym pomidorem. Do tego kawa lub herbata.

DRUGIE ŚNIADANIE
Kubeczek jogurtu naturalnego i jabłko.

OBIAD
Pieczony w folii filet z dorsza, 4 ziemniaki gotowane, surówka.

PODWIECZOREK
Kisiel i kawa/herbata.

KOLACJA
Bułka graham z masłem i serem Camembert + sałata. Do tego herbata.

Można? Oczywiście, że tak! Stosując zbilansowaną dietę z małymi i częstymi posiłkami nie zdążymy odczuć głodu, a waga spada. Mam nadzieję, że kogoś zmotywuję do podjęcia decyzji o lepszym odżywianiu. O efektach nie będę pisać, bo każdy powinien je odczuć na własnej skórze.:)

Do następnego!
mf

środa, 25 czerwca 2014

Makijaż w 10 minut!

Do makijażowych wyjadaczek nie należę, zawsze większą uwagę skupiałam na pielęgnacji. Może dlatego mój dzienny makijaż zajmuje mi 10 minut, jak nie mniej.:) Mam tylko kilka niezbędnych kosmetyków, które zawsze są ze mną. Co jest moim niezbędnikiem każdego poranka? O tym dzisiaj... :)

Pierwszy produkt, bez którego makijażu nie zacznę to krem. Nie wyobrażam sobie nie stosować go pod podkład. Nie chcę nawet wiedzieć jak wyglądałaby moja skłonna do przesuszeń skóra bez porządnej dawki nawilżenia. Nieodłączny element każdego makijażu!
Obecnie używam kremu na dzień Nivea przeznaczonego do cery wrażliwej. Mimo wielu negatywnych opinii na jego temat u mnie się sprawdza rewelacyjnie.










Drugi produkt to podkład. Jeden z lżejszych jakie wypróbowałam to Affinimat z Meybelline. Produkt jest matujący, dlatego też miejscami może wysuszać. Działanie matujące jest idealne, po aplikacji rano bardzo rzadko zdarza mi się poprawiać cokolwiek w dzień. Mało tego, efekt jest tak fajny, że nie stosuję do niego żadnego pudru. :) Wygląda bardzo naturalnie, a to właśnie w podkładach cenię najbardziej. Jego olbrzymim atutem jest też fakt, że nie ciemnieje. :)









Trzeci produkt to perełki rozświetlające z Avonu. Dają bardzo naturalny efekt lekkiego rozświetlenia - używam jako róż. Może nie należą do najtańszych, ale są mega wydajne i za to je ubóstwiam! Kolor nadaje się zarówno do jasnej jak i ciemnej karnacji. Moje ulubione. :)












Nie obędzie się bez lekkiego podkreślenia oczu. Moim absolutnym numerem jeden jest mascara Volume Million Lashes z firmy L'oreal. Podkręca, pogrubia, wydłuża, nie skleja. Dostępna również w wersji wodoodpornej. Cena niestety pozostawia wiele do życzenia, ale mimo wszystko nie można się jej oprzeć!












Ostatni produkt to błyszczyk/pomadka do lekkiego podkreślenia ust. Aktualnie jestem zachwycona kolorem koralowym, dlatego też właśnie on pojawił się na zdjęciu obok. Kolorki na ustach oczywiście zmieniam zależnie od tego z jakim humorem się obudzę. Czasami używam tylko zwykłego, bezbarwnego masełka do ust. :)












To już wszystkie produkty, których używam w swoim dziesięciominutowym, porannym makijażu. Jak już wspominałam, nie ma ich wiele, ale do wyjścia na uczelnie, czy na zakupy zupełnie wystarczają. Do tego fajnie się ze sobą komponują i dają przyjemny dla oka efekt.

Do następnego!
mf

niedziela, 22 czerwca 2014

Czosnek? 3 × TAK!

Dzisiaj śmierdzący post na temat naturalnego przyjaciela naszego organizmu, czyli o czosnku! Nie zjemy go ani na śniadanie, ani przed żadnym spotkaniem, ale warto uwzględnić go w swojej diecie. Dlaczego? O tym poniżej.:)

Dlaczego warto wcinać czosnek? Oto kilka powodów:

  • Czosnek wykazuje działanie bakteriobójcze, grzybobójcze, przeciwwirusowe i przeciwpasożytnicze. Dzięki temu łatwiej jest ustrzec się przed różnymi chorobami wywołanymi przez patogeny, a także jego spożycie ułatwia pozbycie się już trwającej infekcji.
  • Czosnek jest zbawienny przy chorobach układu krążenia. Jest zalecany przy zbyt wysokim poziomie cholesterolu, miażdżycy, zakrzepicy, jak i również nadciśnieniu. Odpowiednia dieta niekiedy jest 100 x skuteczniejsza niż zażywane tabletki, co nie znaczy, że możemy z nich całkiem zrezygnować!
  • Ten śmierdziel znalazł również zastosowanie przy reumatoidalnym zapaleniu stawów, ponieważ działa przeciwzapalnie. Jest zalecany też w przypadku rozedmy płuc.
  • Spożywanie czosnku chroni nas przed wszelkimi zmianami nowotworowymi, czyli popularnym już w społeczeństwie raczyskiem. Neutralizuje on wolne rodniki, dzięki czemu mutacje komórkowe są rzadsze.
  • Długotrwałe jedzenie tej rośliny chroni naszą wątrobę (np. przed stosowanymi lekami), a także pozwala uwolnić się od toksyn zalegających w organizmie. Mało tego! Czosnek hamuje starzenie komórkowe, dzięki czemu nasz organizm wydaje się być jakby młodszy.:D
  • Jest źródłem fosforu, potasu, siarki, selenu, germanu, wapnia, magnezu, żelaza, sodu, witaminy A, B oraz C.
Może i czosnek nie jest najprzyjemniejszy w smaku i zapachu, ale z pewnością można się do niego przyzwyczaić. Myślę, że w życiu jemy/zjedliśmy/będziemy jeść o wiele gorsze rzeczy. Poza tym dla zdrowia i urody warto się poświęcić! Nie warto faszerować sie sztucznymi suplementami diety, skoro natura funduje nam o wiele, wiele więcej. Czosnek odpowiednio dobrany do potraw może również podnosić walory smakowe, niekoniecznie musimy się na jego widok krzywić. Jednak obiło mi się o uszy, że największą wartość ma spożywany na surowo.

Do następnego!
mf

sobota, 21 czerwca 2014

3 kroki do odprężenia

Z okazji krótkiego urlopu jaki sobie zafundowałam, postanowiłam stworzyć post na temat trzech kroków do relaksu, ktore u mnie sprawdzają się za każdym razem, gdy przemęczenie daje o sobie znać. Praca, sesja i sto innych obowiązków prędzej czy później wyjdą bokiem, dlatego ja praktykuję kilka dni wolnego po każdym zakończonym semestrze. Właśnie jestem w trakcie takiej przerwy, w tym roku przypadło mi niestety tylko 6 dni wolnego, później wracam do codziennych obowiązków. Swoją "regenerację" zwykle przeprowadzam w mieście rodzinnym, gdzie skutecznie mogę odpocząć od hałasu i tłumów dużego miasta.

Pierwszym krokiem do odprężenia jest przyjazne otoczenie. Mi najlepiej rozluźnia się w rodzinnym gronie w domku nad jeziorem. Mam to szczęście, że mój dom rodzinny stoi właśnie w takiej okolicy. Nie każdemu odpowiada ogród, woda i słońce, dlatego ważne jest, żeby miejsce urlopu było tym, w którym czujemy się najlepiej. Jeżeli nie mamy możliwości wyjazdu, warto w swoim domu dać sobie wolne i poświęcić czas tylko dla siebie, w końcu mała przerwa należy się każdemu z nas.

Drugim krokiem jest dbanie o ciało. Na pewno pozytywnie nie wpłynie na nas obżeranie się, czy leżenie na kanapie. Jeżeli masz więcej czasu to poświęć go na zrobienie lekkiego dania, które na codzień jest zbyt czasochłonne, pójdź na rower, pojedź nad jezioro, spaceruj. Spędź czas aktywnie, a po wszystkim weź długą i relaksującą kąpiel. Dotleniony organizm to szczęśliwy organizm, a po aktywnie spędzonym dniu sen będzie czystą przyjemnością.

Trzeci krok to harmonia ze sobą - nie lubisz gotować, więc zamów coś z dowozem do domu, lubisz późno wstawać, więc pozwól sobie poleniuchować. Czynności wykonywane z chęcią dają większą satysfakcję, niż coś do czego się zmuszamy. :)

Wnioski.
Każdy potrzebuje kilku dni wolnego, zwłaszcza po nadmiernym wysiłku. A jeżeli trzeba to nie ma mocnych, musi być. Nie dajmy się zwariować, zatrzymajmy na chwilę czas i odpocznijmy. Dzięki temu jesteśmy w stanie zdziałać więcej. Relaks opiera się na spędzeniu czasu tak jak lubimy i w przyjaznym środowisku, ale bez szkody dla organizmu. Przerwy od dbania o siebie nie ma, jest tylko urlop na odpoczęcie od codziennych obowiązków. :)

czwartek, 19 czerwca 2014

Jak poprawić wydajność swojego organizmu?

Ciężko jest być śpiochem, któremu najgorzej jest budzić się o świcie, by pokonać wszystkie wyzwania nadchodzącego dnia. Ja do takich należę, a niestety moje obowiązki wymagają ode mnie wczesnego, a czasami bardzo wczesnego wstawania. Jak sobie poradzić z niechęcią do wyłonienia spod kołdry i uczuciem zmęczenia po kilku godzinach snu? O tym dzisiaj.:)

Pierwszą zasadą, którą kieruję sie od kilku miesięcy jest sen. Od jakiegoś czasu na regenerację przeznaczam 6-7h na dobę. Po takiej ilości snu czuję się najlepiej i dobrze mi się funkcjonuje. Ilość snu oczywiście jest kwestią indywidualną i każdy powinien dostosować ten czas do swoich potrzeb. Odpowiedni czas snu zapewnia nam wystarczających sił na wydajne funkcjonowanie przez cały dzień, co skutkuje wydajniejszą pracą. Niestety zarywanie nocy na pracy/nauce zupełnie się u mnie nie sprawdziło, a wszystko odbiło się na mnie po czasie.

Żeby lepiej poczuć się zaraz po przebudzeniu od kilku tygodni praktykuję codziennie rano wypijanie szklanki wody z sokiem z cytryny.
Zawsze wieczorem do szklanki wody wrzucam plasterek cytryny. Miksturkę zostawiam na noc. Cytrynę zwykle obieram ze skórki, żeby woda nie nabrała goryczki. Czasami do wszystkiego dodaję jeszcze łyżeczkę miodu, zależnie czy humor mam na słodkie, czy na kwaśne.
Taka mikstura na dzień dobry nie tylko przyspiesza metabolizm i pozwala uwalniać się stopniowo od toksyn, ale także wspaniale orzeźwia. Nie sądziłam, że zwykła cytryna może tak wpłynąć na witalność, polecam wszystkim śpiochom. Warto również wspomnieć, że to niezła dawka witamin jak na początek dnia.

Jak jeszcze poprawić swoją wydajność? Zbilansować swoją dietę! Dania bogate w warzywa i owoce napełniają naszą energię na maxa. Należy też pamiętać o wypijaniu odpowiedniej ilości wody, zawłaszcza w upalne dni. Odczucie pragnienia pojawia się wtedy, gdy nasz organizm jest już odwodniony, więc po napoje nie sięgamy dopiero gdy zachciewa nam się pić, tylko dużo, dużo wcześniej.:)

Ważnym aspektem jest też wysiłek fizyczny, który nie tylko pozwala na polepszenie kondycji, ale także poprawia humor i napędza do działania. Godzina przeznaczona na ruch nie pochłonie całej naszej energii, wręcz przeciwnie - da nam kopa na kilka kolejnych godzin - wypróbowałam sama na sobie. W czasie, gdy miałam na głowie nadmiar obowiązków, 3 razy w tygodniu przeznaczałam 60 minut na trening, czułam się z tym bardzo dobrze, a efekty mojej pracy były widoczne bardziej niż zwykle!:)

A jeżeli w ciągu dnia całkowicie opadnę z sił, to funduję sobie drzemkę, jednak nie trwa ona nigdy dłużej niż 30 minut. Nie wierzyłam w jej zbawienne działanie dopóki sama nie wypróbowałam - 30 minut daje więcej niż 2 godziny.

A jakie Wy macie sposoby na lepsze funkcjonowanie o poranku lub w ciągu dnia?:)
Do następnego!
mf

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Odżywcza maska do włosów ŻÓŁTKO i DROŻDŻE - cuuud!


Jestem koszmarnie zmęczona, ale resztkami sił postanowiłam napisać krótki post!:) Zmotywował mnie do tego fakt, że moje włosy zebrały dziś kilka komplementów, że miękkie, że lśniące, że ładnie się układają. To wszystko zasługa mojej nowej maski do włosów, którą chciałam gorąco polecić.

Przychodzę więc z krótką recenzją odżywczej maski do włosów Avon Naturals z żółtkiem jaja i drożdżami. Na zakup tego produktu zdecydowałam się ze względu na fakt, że używam szamponu z tej samej serii i jestem z niego bardzo, bardzo zadowolona. Cena za 125ml to około 10zł, dokładnie w tej chwili nie pamiętam, bo płaciłam za nią już jakiś czas temu.

Konsystencja maski jest jakby żelowa, a zapach w żadnym wypadku nie przypomina ani jaja ani drożdży. Jest bardzo przyjemny, choć trudno go określić. Wg mnie typowy dla kosmetyków z Avonu.

Maska jest w słoiczku, co może nie jest najwygodniejszą formą opakowań, ale wolę słoiczek, niż tubkę, z której nie można do końca wycisnąć produktu.

Ta maska jest wspaniała. Nigdy nie przypuszczałam, ze poświęcając włosom 3 minuty można uzyskać taki efekt. Zastosowanie jest mega proste - nakładamy na włosy, czekamy 3 minutki, spłukujemy. Następnie cieszymy się miękkimi i lśniącymi włosami przez cały dzień. Oczywiście o przetłuszczaniu nie ma mowy! Żadnego obciążenia, żadnej nieprzyjemnej powłoki na powierzchni włosa. I-DE-AŁ!

Atutem produktu jest też to, że jego niewielka ilość wystarcza na rozprowadzenie na długich włosach, czyli wydajność przyzwoita.

Na tę chwilę nie jestem w stanie wymienić żadnych wad, mój bezkonkurencyjny kosmetyczny ulubieniec!

Do następnego!
mf

niedziela, 15 czerwca 2014

Nivea SENSITIVE - krem na dzień do cery wrażliwej - NOWOŚĆ :)

Dziś przychodzę z pierwszymi wrażeniami po użyciu kremu Nivea Sensitive. Nie mylić tego z recenzją - na taką przyjdzie czas... za jakiś czas. :)

Jeżeli chodzi o mnie i o moją twarz, to od kilku miesięcy jestem wierna kremom firmy Nivea. Lubię je za wydajność, konsystencję, silne działanie nawilżające i oczywiście za cenę. Jedynym minusem jest fakt, że większość kremów tej firmy jest w słoiczkach, a to nie jest najhigieniczniejsza forma opakowania. Nie ukrywajmy, że na naszych rękach znajduje się mnóstwo bakterii i grzybów, a codziennie wpychamy je do słoiczka z kremem, który następnie nakładamy na delikatną skórę twarzy. Wniosek? Wszystkie grzybki z rąk wędrują na buzię. Tyle o ile tym "odporniejszym" to nie zaszkodzi, to skóra wrażliwa może na tym ucierpieć.

Kilka dni temu udałam się do Rossmanna w celu zakupu nowego kremu do twarzy. Szukałam wyłącznie na regałach oznaczonych +20. Moim zdaniem nie powinnyśmy kupować kremów dla wyższego przedziału wiekowego. Każdy krem charakteryzuje się swoim składem, który działa silniej lub słabiej na naszą skórę. Jeżeli twarz potraktujemy kremem o bardzo silnym działaniu, to skóra przyzwyczai się do tych kosmetyków i po długotrwałym stosowaniu możemy nie uzyskiwać już zadowalających efektów. W takim razie czego będziemy używać mając 30, 40, czy 50 lat, skoro kremy dla nas przeznaczone będą już za słabe? Dobra, koniec z tymi moimi wywodami, każdy zrobi jak zechce. :D

Znalazłam więc swój krem na regale oznaczonym +20, bo tam właśnie szukałam. Był oznaczony jako nowość, choć tak naprawdę nie wiem od jakiego czasu dostępny jest na rynku. Cena za 50ml produktu to około 16-17zł, więc całkiem przyzwoicie. To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że krem nie jest w słoiczku, tylko w tubce, czyli idealnie.

Produkt przeznaczony jest do cery wrażliwej, a producent obiecuje nawilżenie oraz zredukowanie zaczerwienień, odczucia napięcia skóry oraz suchości. Dodatkowo krem zaopatrzony jest w filtr SPF15 i nie zawiera parabenów, barwników, substancji zapachowych i alkoholu.

Przy alkoholu chciałabym zatrzymać się na dłużej. :D Na słynnym wizazu naczytałam się, że to jedna wielka ściema, bo w składzie jest "CETEARYL ALCOHOL", szkoda, że autorki takich recenzji nie zagłębiły się co kryje się pod tym pojęciem. Ja to zrobiłam i dowiedziałam się, że:

CETEARYL ALCOHOL należy do alkoholi tłuszczowych i zastosowany w preparatach do pielęgnacji skóry i włosów tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni (jest to pośrednie działanie nawilżające), przez co kondycjonuje, czyli zmiękcza i wygładza skórę i włosy. [źródło]

Myślę, że producent pisząc "nie zawiera alkoholu" miał na myśli fakt, że nie zawiera substancji wysuszających i podrażniających skórę, bo alkoholi mamy WIELE.

Dla lubiących zagłębiać się w składy kosmetyków:
Ja osobiście tego nie robię, bo albo mi coś odpowiada albo nie. Wolę sprawdzić na własnej skórze, niż stwierdzić, że zakup był błędem, bo zawiera w sobie jakiś szajs.

Krem nie zawiera barwników, ale jest nieco żółty, co jest skutkiem obecności ekstraktu z lukrecji (jest o tym informacja na opakowaniu). Jakiegokolwiek zapachu - brak. Martwiłam się tym, że jest bezzapachowy, bo zazwyczaj tego rodzaju kremy śmierdzą. :D

Wrażenie po pierwszym zastosowaniu:
  • Krem jest bardzo treściwy, co może sprawiać wrażenie ciężkości na twarzy, ale wystarczy odczekać aż produkt dobrze się wchłonie i uczucie znika.
  • Przy niedokładnym rozsmarowaniu na szybko lekko może bielić.
  • Szybko się wchłania.
  • Nawilża, a nie natłuszcza, pozostawiając przyjemne odczucie z skórze.
  • Nie podrażnia, ale zaczerwienień też jakoś specjalnie nie redukuje (może przy długotrwałym stosowaniu).
To, czy produkt trafi na listę moich ulubionych zależy tylko i wyłącznie od tego, jakie będą efekty odległe. Po zużyciu całej tubki na blogu pojawi się recenzja i końcowa ocena produktu. Aktualnie krem jest dla mnie neutralny, ani nie robi krzywdy, ani nie zachwyca.

Wytrwałym dziękuję za uwagę.
Do następnego!
mf

sobota, 14 czerwca 2014

Niekosmetyczni ulubieńcy maja :)

Oj, dawno mnie tu nie było! Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że ostatnio totalnie przygniotły mnie egzaminy, zaliczenia i szkolenia na uczelni. Całe szczęście już prawie finiszuję i mam chwilę na napisanie nowego posta. :)
Przychodzę więc z niekosmetycznymi ulubieńcami maja, nieco z opóźnieniem, ale lepszy rydz niż nic! :D
Zapraszam!

Pierwszym, bezkonkurencyjnym ulubieńcem nie tylko maja, ale także czerwca i nadchodzących wielu, wielu miesięcy jest srebrny łańcuszek otrzymany w prezencie od chłopaka. Rozstaję się z nim tylko na noc, z obawy, że może mi się zerwać. Do łańcuszka dołączona jest zawieszka - serduszko, na którego jednej krawędzi znajduje się maluteńki szafirek. Symbolika tego kamienia bardzo mi odpowiada i w pewnym sensie się z nim utożsamiam. Od momentu dostania go jestem wciąż tak samo zachwycona. Bezsprzeczny ulubieniec, który chyba nawet przynosi mi ostatnio szczęście! :)


Drugim ulubieńcem jest świeczka - tygrysek, która pojawiła się na moim urodzinowym torcie. Ta postać z Kubusia Puchatka skradła moje serce już wiele lat temu i tak trzyma mnie do dziś. :D Najsłodsza świeczka jaką miałam okazję mieć, będzie pojawiać się na moich urodzinowych tortach co roku! :) Niestety z tego co wiem nie jest dostępna w Polsce. Nie wiem również w jakich cenach jest dostępna.


Trzeci ulubieniec to własnoręcznie wykonana świeczka. Jestem bardzo zaskoczona długością palenia się wosku, ponieważ jedną świeczkę palę już 2 tygodnie po kilka godzin dziennie, a została jeszcze 1/4. Oddzielny post TUTAJ. Bardzo polecam spróbowanie wykonania takiej świecy, jest do olbrzymia oszczędność pieniędzy i duża dowolność wyboru zapachu. Wiem, że na pewno nie będę kupować już świec, będę je robić sama.


Kolejny ulubieniec to liściasta herbata Twinings Lady Grey. Jest to połączenie wyselekcjonowanych czarnych herbat, bergamotki, cytryny i pomarańczy. Jej zapach jest nieziemski, aż chce się pić! Czarne herbaty zapewniają niezłe pobudzenie, choć w tym akurat jest lepsza jej siostra English Breakfast (czerwona puszka). Herbata jest idealna na popołudniowy relaks (o ile mamy na taki czas), ale również do śniadania. Dostępna jest w sklepach Piotr i Paweł oraz Alma w cenie około 15zł za 100g produktu.


Szóstym ulubieńcem są ściereczki z płynem, które skutecznie usuwają zabrudzenia ze zmywalnych powierzchni. Zakupione w Biedronce za około 5zł. Dobrze czyszczą, ładnie pachną, nie wysuszają skóry dłoni. Bardzo wygodne w użytkowaniu - jak dla mnie totalny niezbędnik przy sprzątaniu.


Ostatnim ulubieńcem jest ostatnio przeczytana książka Jo Nesbo - Policja. Jestem wielką fanką pana Nesbo, dlatego też każda jego książka z serii o Harrym Hole, który jest śledczym i w każdej części rozwiązuje inną zagadkę kryminalną, jest dla mnie czymś wyjątkowym. Niecierpliwie czekam na kolejne części. Książek nie trzeba czytać w kolejności, aczkolwiek w następujących po sobie częściach można znaleźć krótkie nawiązania do poprzednich. Polecam, szczególnie wyznawcom kryminału. :D


To już wszystkie ulubione pozycje w tym miesiącu. Wkrótce pojawią się nowe testy kosmetyczne nowego kremu do twarzy z Nivea oraz maski do włosów z żółtkiem jaja i drożdżami.

Do następnego!
mf

niedziela, 8 czerwca 2014

Dermena lash - kuracja do brwi i rzęs - rozwiewam wątpliwości :)

Jakiś czas temu w prezencie od Siostry dostałam zestaw do kuracji dla brwi i rzęs Dermena lash. Po pewnym czasie zabrałam się za testowanie nowości, które znalazły się w kosmetyczce. Akurat wtedy byłam po nieudanych testach Alterry, więc stwierdziłam, że regeneracja dla okolic oczu bardzo mi się przyda. Po dokładnym przestudiowaniu ulotki byłam już ekspertem w zakresie powyższej odżywki i mascary, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko zacząć je używać. :)

Oba produkty wyglądają bardzo przyjaźnie dla oka i choć niewiele różnią się opakowaniem, to nie sposób ich od siebie nie odróżnić. Mascara ma typową dla tuszy do rzęs, czarną etykietkę, a szata graficzna odżywki jest biała. Oba produkty mają fioletowe wstawki i zakrętki, co wyraźnie uwydatnia ich powiązanie.

Dokładniejszą charakterystykę produktów rozpocznę od odżywki.
Jej konsystencja jest żelowa, kolor bezbarwny, a zapachu w ogóle nie czuć. Aplikator składa się z małego pędzelka, którym nakładamy produkt na linię rzęs.
Produkt przyjemnie chłodzi miejsce, w którym go aplikujemy. Nie zauważyłam żadnego szczypania, czy podrażnienia oczu. Skóra powiek również nie wykazała niekorzystnych zmian.
Producent obiecuje zahamowanie wypadania rzęs i brwi - do tego nie mogę się ustosunkować, ponieważ mi one prawie w ogóle nie wypadają. Obiecane jest również wzmocnienie i regeneracja - tutaj już muszę się głęboko zastanowić, zanim wydam opinię. Po swoich eksperymentach z pomadką Alterra (stosowaną do rzęs) moje owłosienie wokół oczu wymagało wiele do życzenia. Między rzęsami miałam gigantyczne przerwy i z niecierpliwością czekałam, aż wszystko wróci do porządku dziennego. Stosując tę odżywkę niestety się tego nie doczekałam. Miałam wrażenie, że Dermena opóźnia odrastanie, czy to normalne? Znaczną poprawę zauważyłam za to w rzęsach, które już miałam. Z pewnością stały się ciemniejsze, bardziej sprężyste, w długości nie zauważyłam różnicy. Co do odżywki mam mieszane uczucia, bo niby fajna i się sprawdza, ale dlaczego rzęsy nie chciały mi odrosnąć? Aktualnie używam tej odżywki 2-3 razy w tygodniu i efekt się podtrzymuje, a moje ubytki zostały zarośnięte. :)

Jeżeli chodzi o tusz do rzęs, to nie jestem z niego zadowolona. Ciężko ustosunkować mi się do ceny, ponieważ nie mam pojęcia ile kosztuje. :)
Jak tylko zobaczyłam jego szczoteczkę, to byłam zachwycona, niestety tylko do pierwszego (no może drugiego) użycia. Według mnie cały problem leży w tym, że mascara jest za rzadka. Jej mała ilość nie daje dobrego efektu na rzęskach, a zbyt duża powoduje sklejanie - i tak źle i tak niedobrze. Szczoteczka jest na plus, ale nie do tej konsystencji. Jakiegoś specjalnego wspomagania wzrostu rzęs nie zauważyłam, wręcz przeciwnie! Ten tusz na pewno nie wydłuża i pogrubia jednocześnie, tak jak twierdzi producent. Produkt z pewnością nie jest przeznaczony dla mnie. :)

Duet sam w sobie mnie nie zachwyca. Spośród dwóch produktów zdecydowanie lepsza okazała się odżywka. W sumie to nawet jestem skłonna do zachęcenia do jej wypróbowania. Tusz, przez swoją konsystencję, to klapa. Na moich rzęsach totalnie się nie sprawdził.
A jak u Was?

Do następnego!
mf

sobota, 7 czerwca 2014

Szałwiowe mydełko do włosów (naturalne!) vs. szampon

Ostatnio stałam się posiadaczką naturalnego, szałwiowego mydełka do włosów z Mydlarni Tuli. Na wstępie pragnę przedstawić kilka danych technicznych. :D

"Wegańska wersja mydła szałwiowego. Mydło z olejem szałwiowo-pokrzywowym. Zrobione z myślą o przetłuszczających się włosach. Olej kokosowy, olej rycynowy i masło shea czyli mnóstwo piany, nawilżenie i wygładzenie. Mocne maceraty ziołowe uzupełnione zapachem mięty."

Skład: oliwa, olej kokosowy, woda, olej palmowy, masło shea, olej rycynowy, olej ryżowy, wodorotlenek sodu, oleje: szałwiowy, pokrzywowy, łopianowy, olejki zapachowe.

To teraz do rzeczy!:)

Nigdy wcześniej nie używałam do mycia włosów mydełek, a z racji tego, że mam długą i gęstą szopę, to nie spodziewałam się, że wyjdzie z tego coś sensownego. Ostatnio zamawiając mydełka dla Mamy postanowiłam zamówić też coś dla siebie. Zdecydowałam się na szałwiowe mydełko do włosów przetłuszczających się. Po kilku dniach zupełnie bez entuzjazmu postanowiłam w końcu wypróbować swój nowy nabytek.

Pod prysznicem przeżyłam szok, ponieważ mydło spieniło się tak, jak szampon! Jednak piana to nie wszystko, więc cierpliwie czekałam na efekt. :)

Efekt był taki, jak po umyciu głowy szamponem. Nie zauważyłam żadnej znacznej różnicy. Włosy były odświeżone, nieco tępe, ale z pewnością dobrze umyte i nie przetłuściły się szybciej niż zwykle.

Mydełko pachnie miętą, ale na włosach nie odczuwam żadnego zapachu.

Jeżeli chodzi o działanie przeciwłupieżowe - nie mogę się wypowiedzieć, nie mam łupieżu. Sądzę, że w takich przypadkach produkt może się sprawdzić, sztuczne składy szamponów niekoniecznie pozytywnie wpływają na skórę głowy.

Z pewnością zaletą mydełka jest jego skład, bo znajdują się w nim same naturalne substancje. Do minusów zaliczyłabym sposób użycia, wygodniej jest umyć głowę szamponem. Do plusów mydełka mogę zaliczyć jego wydajność, ponieważ jestem mile zaskoczona faktem, że po kilku użyciach nie zdążyłam nawet do końca zmydlić znaczka. Efekt ten sam. Nie umiem wybrać, który produkt bardziej wolę - szampon czy mydełko. Mydełko z pewnością będzie jeździć ze mną na wszystkie wyjazdy - ze względu na swoje małe rozmiary i wielofunkcyjność (można je stosować do mycia ciała). W domu używam produktów na zmianę. Być może wkrótce zdecyduję się na opcję w 100% naturalną.

Przy okazji polecam Mydlarnię Tuli - szybka wysyłka, przystępne ceny i dobre produkty.

Do następnego!
mf

czwartek, 5 czerwca 2014

Daj sobie naturalnego, energetycznego kopa

Od kilku dobrych lat w miesiącach, w których muszę pracować wydajniej, używam naturalnego wspomagacza, którym jest żeń-szeń. Jeżeli chcecie poczytać więcej o samych jego właściwościach to możecie to zrobić TU. Z pewnością znajdziecie tam same zalety. Ja dzisiaj chciałam skupić się na tym, jak ten specyfik działa na mnie, dla kogo jest zalecany, a komu zabroniony.

Stwierdzono naukowo, że wyciąg z korzenia żeń-szenia wywiera tak zwane działanie adaptogenne, co oznacza, że organizm łatwiej znosi niekorzystne warunki otoczenia. Przyjmowanie tej substancji zwiększa też tolerancję na wysiłek, co zwiększa naszą wytrzymałość fizyczną i psychiczną.

Tradycyjnie ten "lek" stosowany jest w uczuciu osłabienia i wyczerpania, przemęczeniu i braku koncentracji oraz w okresie rekonwalescencji. Należy jednak pamiętać, że jego skuteczność opiera się na długim okresie przyjmowania. Po połknięciu jednej kapsułki nie odczujemy żadnego pobudzenia. Kapsułki są dostępne bez recepty i można je znaleźć w prawie każdej aptece.

Jeżeli chodzi o moje doświadczenie z tym specyfikiem, to nie przyjmuję go przez 12 miesięcy w roku. "Kurację" zaczynam miesiąc przed wzmożonym wysiłkiem, czyli miesiąc przed każdą sesją. Kapsułki łykam do końca egzaminów i następnie robię przerwę.

Pierwsze działanie żeń-szenia odczuwam po około 2 tygodniach regularnego przyjmowania. To, co jest u mnie widoczne na pierwszy rzut oka, to regulacja snu, ponieważ ten produkt, nie spowoduje tego, że sen w ogóle nie będzie nam potrzebny albo będzie niezbędny w mniejszych ilościach. U mnie wygląda to tak, że około 23:30 chodzę spać, a o 6 rano jestem wypoczęta i rześka oraz wstaję nie narzekając na dzwoniący budzik (ostatnio nawet zdarza mi się budzić bez budzika np. o 5:30).
Kolejny skutek przyjmowania żeń-szenia, który zauważam to zmniejszenie uczucia zmęczenia. Dzięki niemu nie myślę w ciągu dnia o tym, jak bardzo chciałabym wrócić do łóżka, tylko skupiam się na tym, nad czym pracuję, czyli koncentracja daje radę.
Kolejnym efektem jest poprawa humoru i pozytywne nastawienie do wykonywanych czynności.

Efekty są widoczne, ale nie spodziewajcie się, że dostaniecie od razu mocy Supermana. Tak to nie działa. Żeń-szeń nie zastąpi snu i nie zastąpi zbilansowanej diety, która powinna być jednocześnie stosowana. Kapsułki poprawią wydajność organizmu i "pomogą" ustalić swój własny tryb działania, ale nie zdziałają cudów. Moim zdaniem lepiej sięgnąć po naturalne środki, zamiast faszerować się energetykami z kofeiną i tauryną. Za miesięczną kurację (opakowanie ze zdjęcia) płacę 26zł. Dostępne są również tańsze żeń-szenie, to już zależy od producenta.

Do następnego!
mf

środa, 4 czerwca 2014

Celulozowa gąbka do twarzy - hit czy kit?

Swoją przygodę z tym gadżetem zaczęłam kilka miesięcy temu. Początkowo gąbeczka służyła mi do codziennego mycia twarzy, jednak przy zmianie pianki na żel już się nie sprawdziła. Teraz używam jej do zmywania resztek peelingów i maseczek. Świetnie radzi sobie z wszelkimi glinkami.

Gąbeczka wykonana jest z celulozy. Gdy wyjmujemy ją z opakowania jest twarda. Po namoczeniu staje się elastyczna i miękka, a po wyschnięciu znów twardnieje. Jej chropowata powierzchnia delikatnie usuwa martwy naskórek, więc przy codziennym użytku peelingi stają się zbędne. Gadżet ma niewielkie rozmiary, więc spokojnie zmieści się do każdej kosmetyczki.

Gąbeczki są dostępne w Rossmannie. Są pakowane w dwupaki, jeden kosztuje około 5zł, więc średnio za gąbeczkę płacimy 2,5zł. Jedna gąbka wystarcza na długi czas. Należy jednak pamiętać, że mokra gąbka w ciepłej łazience to świetne siedlisko dla bakterii. Ja swoją wyparzam raz w tygodniu i staram się ją pozostawiać w miejscu, w którym jak najszybciej wyschnie.

Uważam, że to bardzo przydatny gadżet, choć z pewnością znajdzie swoich przeciwników. Produkt warto przetestować indywidualnie i przekonać się o jego działaniu na własnej skórze. :)

Do następnego!
mf

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Trwały błyszczyk w dobrej cenie? ISTNIEJE!

Avon
COLORTREND
lip gloss

Dni mijają jak szalone, a ja na nic nie mam czasu. Dziś na szczęście znalazłam chwilę na nowy post, w którym chciałam Wam przedstawić swojego nowego ulubieńca. Stał się nim błyszczyk, w którego posiadanie weszłam przez przypadek, ponieważ był to zwrot od klientki, która nie była zadowolona z koloru. Jego cena jest tak niska, że nie opłacało mi się go odsyłać, więc został u mnie. :)

Błyszczyk jest w kolorze fluorescent pink, brzmi odstraszająco, ale po aplikacji odpowiednio małej ilości produktu, kolor jest bardzo delikatny. Cena za 6ml produktu wynosi 9,99zł. Z reguły nie używam błyszczyków, raczej stawiam na pomadki i szminki, ale ten tak przypadł mi do gustu, że zamówiłam sobie kolejne dwa kolory z tej serii.

Opakowanie jest bardzo zgrabne i z całą pewnością zmieści się do każdej kosmetyczki. Po części jest to spowodowane mniejszą objętością, niż zazwyczaj mają błyszczyki. Dla mnie jest to atut, ponieważ "pełnowymiarowych" opakowań nigdy nie jestem w stanie zużyć przed upłynięciem daty ważności.

Aplikatorek niczym się nie wyróżnia, ani też w niczym nie odbiega od innych. Jest standardowy, nie ma na co narzekać. Konsystencja produktu typowa dla błyszczyków.


Zapach błyszczyku jest słodki, smak również. Coś co z pewnością zaskakuje to fakt, że nie tak łatwo go zjeść. :) Ściera się, ale kolor na ustach pozostaje przez dobrych kilka godzin (przy jedzeniu, piciu, żuciu gumy itd. itp.). W dodatku się nie rozmazuje i nie rozchodzi po całej twarzy. Kolor schodzi z ust równomiernie, co chroni nas przed komicznym wyglądem. Produkt nawilża usta i w żadnym wypadku nie podkreśla suchych skórek. Kolejnym plusem jest to, że mocno się nie klei, co nie znaczy, że jak przyklepiemy do niego włosy, to tak nie zostaną. :)

Jaki z tego wniosek?
Za 10zł mamy kilka godzin przyzwoitego wyglądu i trwałego koloru! Przy tym usta są nawilżone i nie musimy się martwić, że coś nam się rozlezie po całej twarzy. Minusem jest mała gama kolorystyczna, być może w przyszłości zostanie ona poszerzona.
Gorąco polecam produkt, bo wart jest swojej ceny.

Do następnego!
mf